Podróże – VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ https://v1ncentify.prohost.pl O kobietach, życiu i zdrowym do niego podejściu. Mon, 03 Jan 2022 16:05:35 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.0.2 Gdyby w Polsce było słońce? https://v1ncentify.prohost.pl/post/gdyby-w-polsce-bylo-slonce https://v1ncentify.prohost.pl/post/gdyby-w-polsce-bylo-slonce#respond Sat, 18 Nov 2017 16:13:46 +0000 http://www.v1ncent.pl/?p=3185 Dlaczego w Azji ludzie ciągle się uśmiechają?

Artykuł Gdyby w Polsce było słońce? pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Dlaczego w Azji ludzie ciągle się uśmiechają?

Dlaczego w sklepach, restauracjach nie widzę nigdy żadnej spiny i polaczkowych kłótni? Wszyscy są tacy spokojni, wyluzowani. Nie mówię tutaj o udawanej uprzejmości, tylko takiej szczerej, nie dającej pomylić się z niczym innym. Nawet kierowca tricycla, który próbuje zdymać cię na hajs robi to w uprzejmy i zrelaksowany sposób. A gdy nie dajesz się oszwabić po prostu się uśmiecha – nie kpiąco, tylko tak normalnie. No, nie wyszło, trudno. Miłego dnia.

Pierwszy tydzień w Azji zszedł mi na mentalnym zrzucaniu Polskiego balastu. Wyrywaniu z mózgu kabli związanych ze stresem, pośpiechem, małymi problemami. Dopiero teraz, siedząc na leżaku, po lewej mając nieskazitelnie czystą, niebieską wodę i biały piasek, czuję wewnętrzny spokój. Już nie denerwuję się, gdy kelnerka poda mi nie te danie, które zamawiałem lub po raz piąty w ciągu ostatnich 3 dni zapomni do zamówienia dołączyć sztućce. Bzdety przestają mieć znaczenie, giną na tle niezmąconego spokoju. To absurd, ale zaczynam czuć się nieswojo, gdy się kompletnie niczym nie przejmuję. Jakby czegoś mi brakowało, jak gdybym robił coś nieodpowiedniego, nagannego – odpala mi się ciężkie, regularne poczucie winy. To tylko pokazuje, jak patologiczne nawyki myślowe wdrukowała mi Warszawa. Jak możemy żyć, sami siebie torturując w myślach. Co ciekawe, przed wylotem uważałem, że jestem wyluzowany. Dopiero z dystansu mogę ocenić, że w rzeczywistości sam siebie oszukiwałem – po prostu nie miałem punktu odniesienia.

PRZERAŻAJĄCE.

Nie mam tu dostępu do siłowni, ale nie stanowi to dla mnie żadnej wymówki. Dzień zaczynam od stu pompek na plaży i pływania. Długiego spaceru wzdłuż linii brzegu, podczas gdy spod moich stóp całymi stadami uciekają małe, białe kraby. Piasek jest jak mąka, powietrze czyste, a słońce pali moją skórę powoli wtłaczając w nią opaleniznę. Elektrolity uzupełniam wodą ze świeżego kokosa, ciało chłodzę sokiem z mango.

I woke up to this <3 #kohlipe #thailand #happiness #journey #trip

Post udostępniony przez @v1ncent.pl

Podoba mi się, że w Tajlandii ludzie szanują zwierzęta. Na Filipinach psy i koty były wychudzone, brudne i przeganiane przez ludzi. Na Koh Lipe wszystkie są tłuste i zadbane. Miejscowi je lubią i się nimi opiekują. House cat, house dog, tak na nie mówią. Hotel, w którym jestem zajmuje się chyba ośmioma psami, które całymi dniami wylegują się w chłodnych, wykopanych jamach pod leżakami. Bawią się w wodzie, tarzają w piasku. Czasem kładą się na plecach, pokazując dobitnie, jak bardzo mają na wszystko wyjebane jaja. Lubię to.

Na wyspie znajduje się spora wioska. Moje pierwsze myśli – ale tym ludziom musi być ciężko. Niechlujne domy sklecone z blach, które w dzień nagrzewają się tak bardzo, że tajowie z całymi rodzinami muszą czas spędzać na werandach. Szybko się jednak reflektuję. Zaraz, przecież oni są szczęśliwi. Przecież jest im dobrze. Uśmiechają się, życie spędzają na rajskiej wyspie, nigdy nie muszą znosić minusowych temperatur. Żyją z turystyki, mają dużo czasu dla swojej rodziny, a czas płynie wolno.

Bangkok trochę jak Manila (ale wolę Manilę). Na każdym rogu ktoś mnie napastuje i chce mi uszyć garnitur. Jestem odporny na teksty w stylu “great body my man, will make you a suit!”, ale nawet moja asertywność ma swoje granice. Odbieram swój custom suit za dwa dni, ciekawe co to będzie (3-4x taniej, niż w Polsce). Tajskie jedzenie lepsze, niż filipińskie. Co ciekawe, w stolicy ladyboy’ów do tej pory widziałem może trzech, czterech. Albo słabo się rozglądam albo po prostu operacje tu są tak dobre, że nawet ich nie zauważam. Do tej pory się “nie nadziałem”, żeby było jasne.

Ludzie słabiej ogarniają tu angielski, co jest pewnym minusem. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że na Filipinach język królów jest tym urzędowym.

Do tej pory najmocniejszym punktem wyjazdu okazał się być główny powód, dla którego przybyłem do Tajlandii – czyli ślub i wesele Benza, taja, z którym przeżyłem filipiński tajfun dwa lata temu.

Post udostępniony przez @v1ncent.pl

Najfajniejsze wesele, na jakim byłem. Bez gorzko gorzko, żenujących zabaw i disco polo. Wino zamiast wódki, czerwone curry zamiast rosołu no i padthai zamiast dewolaja. Na głośnikach deep house i rave. Bez księdza, za to z dwoma gejami odprawiającymi ceremonię. Afterparty w klubie na dachu. Szczerze, brakowało tylko mdma w ponczu.

*

Napisałbym coś więcej, ale właśnie wróciłem do Bangkoku i wychodzę do klubu. To ostatni dzień Benza w Tajlandii, więc wypada konkretnie się pożegnać z całą ekipą. Chciałem Wam tylko dać znać, że żyję i czuję się mocno zainspirowany. Ostatnio ciągle robię notatki w telefonie, a większość z nich nosi tytuł Blask Szminki, więc…

Do następnego.

 

Artykuł Gdyby w Polsce było słońce? pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/gdyby-w-polsce-bylo-slonce/feed 0
Ile kosztuje miesiąc na Filipinach? https://v1ncentify.prohost.pl/post/ile-kosztuje-miesiac-na-filipinach https://v1ncentify.prohost.pl/post/ile-kosztuje-miesiac-na-filipinach#respond Thu, 01 Dec 2016 06:37:08 +0000 http://www.v1ncent.pl/?p=2089 Złapał dziewczynę, szarpnął nią i wypadli na zewnątrz. W tej samej chwili gaz eksplodował, a kuchnią wstrząsnęła mała eksplozja. Kula ognia naznaczyła blaskiem pobliski basen, w którym dryfowały puszki po piwie oraz wielki posąg pandy.

Artykuł Ile kosztuje miesiąc na Filipinach? pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Złapał dziewczynę, szarpnął nią i wypadli na zewnątrz. W tej samej chwili gaz eksplodował, a kuchnią wstrząsnęła mała eksplozja. Kula ognia naznaczyła blaskiem pobliski basen, w którym dryfowały puszki po piwie oraz wielki posąg pandy.

 

Jestem oderwany od rzeczywistości. Zupełnie tak, jakby ktoś złapał mnie za głowę, wyciągnął z korzeniami, poszatkował, posypał chilli i wystrzelił w kosmos. Tydzień na Filipinach przelewa się w mojej głowie, wymieszane noce, imprezy, dziewczyny, alkohol. W kilka dni doświadczyłem więcej, niż przez ostatni rok.

 

Sunrises be like… #pool #sunrise #manila

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @v1ncent.pl

Jest zupełnie tak, jak w moim wpisie “Spotkamy się gdzieś na końcu świata”. Przeżywam przygodę życia, którą sobie wyśniłem. Codziennie obecny, wyciskający każdy wieczór jak sok ze słodkiego mango. Tegoroczny wyjazd bije poprzedni na głowę. Wszystkiego jest więcej. Ludzi, miejsc, kobiet (figur geometrycznych), smaków, niezapomnianych momentów. Aż ciężko mi zrozumieć, że to dopiero 1/3 całego wyjazdu. Dzieją się tu rzeczy, w które ciężko uwierzyć, a co dopiero je opisać? Brakuje mi słów, a ludziom, którzy nigdy nie mieli okazji odwiedzić Azji – punktów odniesienia. Tym razem postanowiłem zrezygnować z dokładnych raportów opisujących moje perypetie. Po pierwsze są zbyt hardcore’owe nawet jak na ten blog (Californication przy tym to dobranocka), po drugie szkoda mi na to czasu. O ostatnich siedmiu dniach mógłbym napisać książkę, zmieszczenie tego w jednym wpisie byłoby niesprawiedliwe. Postanowiłem zachować te przeżycia w swoim serduszku. Nie obrazicie się, prawda?

Domóweczka #villa #poolparty #philippines

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @v1ncent.pl

 

Powoli wprowadzam w codzienność jakiś porządek. Ostatnie 7 dni spałem po 2-3 godziny na dobę, piłem za dużo alkoholu i robiłem nieskończone cardio w sypialni. Teraz Krzysiek i Lips, dwa imprezowe zwierzaki, opuścili Manilę, więc będzie nieco spokojniej. To oni prowokowali szalone momenty, byli jak tykająca bomba. Wszystkie dopuszczalne normy arogancji zostały przekroczone wielokrotnie, a zakazy wyśmiane. Dlatego też wczorajszy dzień powitałem z ulgą. Cieszyłem się, że nie wychodzę do klubu i nie muszę spotykać się z żadną dziewczyną. Teraz planuję powrót na siłownię po złamaniu nadgarstka. Będę sprawdzał, które ćwiczenia mogę z nim wykonywać, bo pomimo długiej rekonwalescencji, wciąż mi pobolewa. 

 

Chill. #manila #philippines #trip #coast

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @v1ncent.pl

 

Czuję obezwładniające, pozytywne zmęczenie i uśmiecham się do wszystkich niezapomnianych momentów z minionego tygodnia.

 

Do szalonej imprezy w willi z basenem, gdzie w pewnym momencie ktoś odkręcił gaz i poszedł szukać zapalniczki, podczas gdy całe pomieszczenie wypełniało się łatwopalną substancją. Wkrótce idiota z ogniem wrócił, a stojący nieopodal chłopak złapał nieświadomą dziewczynę, szarpnął nią i wypadli na zewnątrz zanim powstała iskra. Sekundę później gaz eksplodował, a kuchnią wstrząsnęła mała eksplozja. Kula ognia naznaczyła blaskiem pobliski basen, w którym dryfowały puszki po piwie oraz wielki posąg pandy (nie pytajcie proszę, co robiła tam panda). Nie wiem jak to możliwe, ale nikt nie odniósł poważnych obrażeń.

 

Do koncertu Armina, na który wprosiliśmy się omijając 3 godzinną kolejkę, listę gości oraz bramkarzy – tylko dlatego, że jesteśmy biali.

 

Do nieprzespanych nocy, pływania w basenie o 5 rano, drinków przed śniadaniem i rozmów na tarasie 54 piętra Gramercy.

 

Do wszystkich biforów, wspólnych wyjść i rozmów z niesamowicie zgraną ekipą. Nie do wiary, że potrafiliśmy spotkać się na drugim końcu świata po dwóch latach przerwy. Gdy tylko się zobaczyliśmy, to było tak, jakbyśmy nigdy nie opuścili Manili i przeżywali bezpośredni sequel poprzedniego wyjazdu.

 

Do sytuacji, których opisać tutaj nie mogę, ale które na zawsze będą wywoływać niespokojne łaskotanie w żołądku.

 

Przy okazji… to bardzo dziwne uczucie, słyszeć kolędy w każdym lokalu, oglądać udekorowane choinki – jednocześnie ocierając pot z czoła i znosząc 27 stopniowy upał.

 

 

Dobra, czas odpowiedzieć na pytanie, które ciągle powtarza się w mailach i prywatnych wiadomościach na fanpage:

 

Ile kosztuje miesiąc na Filipinach?

 

home, sweet home #gramercy #manila #makati #philippines

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @v1ncent.pl

Przelot 2,5-3 tysiące złotych

Polecam wybierać linie Emirates lub Quatar Airways. Po pierwsze dlatego, że oferują najwyższy standard, posiłki na pokładzie oraz nieograniczone przekąski i drinki. Po drugie, przelot tymi liniami z międzylądowaniem w Dubaju lub Abu Dhabi trwa nie więcej, niż 21-25 godzin. Czasem możesz dorwać tańszy bilet innych linii za powiedzmy 2k, ale wtedy lecisz 30-40, a czasem nawet 50 godzin i masz 3 przesiadki. Jeśli lubisz hardcore możesz się skusić, ale te oszczędzone 500 zł nie jest warte zachodu – 20-25 godzin lotu z jednym międzylądowaniem to i tak tortury.

 

Mieszkanie 1,5-2 tysiące złotych.

Mowa o zadbanym, klimatyzowanym pokoju w samym sercu Manili. Za 300-500 złotych więcej wynajmiesz apartament w Gramercy (szukamy na airbnb) – najwyższym i najbardziej prestiżowym wieżowcu w stolicy. To właśnie tutaj mieszkam. W budynku masz siłownię, saunę, basen, galerię handlową, pralnię – jest samowystarczalny. Niestety klub na 71 piętrze jest zamknięty, a szkoda. Oprócz pięknej panoramy miasta nocą, oferował świetną logistykę. Chciałeś do klubu, wsiadałeś w windę i już.

 

 

Jedzenie, imprezy 1 tysiąc złotych na tydzień

Za 1000 PLN masz codzienny clubbing, alkohol, najlepsze restauracje i wożenie się taksówkami po całym mieście. Jeśli dużo nie imprezujesz i nie masz tak szalonej ekipy, spokojnie przeżyjesz za połowę tej kwoty.

 

 

Lokalna karta SIM z nieograniczonym transferem 100 złotych

Osobiście używam Globe. Niestety, internet jest bardzo wolny, nawet jeśli podpinasz się pod wifi.

 

 

Bilet lotniczy na Boracay 200 złotych, nocleg 50-70zł za noc

Wyspa, którą musisz odwiedzić wybierając się na Filipiny. Warto obserwować mój Instagram oraz snapchata (v1ncent.pl), bo już jutro tam lecę. Wstukajcie sobie “Boracay” na Google, a zrozumiecie, dlaczego jest to must-see. Biały piasek o konsystencji mąki, krystalicznie czysta woda, niesamowite imprezy, tłuste nietoperze i zapierające dech w piersiach widoki.

 

 

Rooftop party #rooftop #beers #trip #philippines #manila

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @v1ncent.pl

Co jest tanie?

Lokalne jedzenie na bazarkach (około 10zł za pełny obiad), niektóre knajpy. Papierosy i alkohol, o ile kupujesz je w sklepach. Taksówki są prawie za darmo – 15 minutowy kurs kosztuje 10-15 złotych (trzeba cisnąć kierowcę, by włączał taksometr i pilnować trasy na gps). Bardzo dobrze funkcjonuje tu Uber i posiada opcję rozliczania się w gotówce, co mnie pozytywnie zaskoczyło. 

Co jest drogie?

Picie w klubach (około 50 złotych za drinka), niektóre restauracje, owoce oraz warzywa (małe pudełko truskawek lub czereśni 50 PLN). Ceny produktów spożywczych w sklepach zbliżone do tych u nas.


Gdzie mnie śledzić?

Instagram: v1ncent.pl

Snapchat: v1ncent.pl

 


Co z książkami?

 

Dostałem wiele zapytań na temat dostępności Płonąc w atmosferze. Mój wyjazd na Filipiny nie wpływa w żaden sposób na proces i płynność wysyłek. Książkę cały czas zamawiać można bezpośrednio na moim blogu.

 

Na dziś to tyle. Do następnego. Ulepcie za mnie bałwana, okej?

 

Artykuł Ile kosztuje miesiąc na Filipinach? pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/ile-kosztuje-miesiac-na-filipinach/feed 0
Znikam https://v1ncentify.prohost.pl/post/znikam https://v1ncentify.prohost.pl/post/znikam#respond Sun, 20 Nov 2016 20:54:29 +0000 http://www.v1ncent.pl/?p=2056 Gdy opuszczałem Manilę dwa lata temu, ktoś mi powiedział: "Publish your book and come back here". Książkę wydałem, bilety mam kupione i odliczam czas do momentu, w którym rozparty w wygodnym fotelu będę mógł uśmiechnąć się do ślicznej stewardessy i poprosić o Jamesona z sokiem jabłkowym. Tym razem obiecuję pić rozsądnie, tj. tak, żeby nie zemdleć na pokładzie samolotu.

Artykuł Znikam pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Gdy opuszczałem Manilę dwa lata temu, ktoś mi powiedział: “Publish your book and come back here”. Książkę wydałem, bilety mam kupione i odliczam czas do momentu, w którym rozparty w wygodnym fotelu będę mógł uśmiechnąć się do ślicznej stewardessy i poprosić o Jamesona z sokiem jabłkowym. Tym razem obiecuję pić rozsądnie, tj. tak, żeby nie zemdleć na pokładzie samolotu.

Jeśli miałbym powtórzyć tylko jedno doświadczenie z mego krótkiego życia, byłaby to z całą pewnością podróż na Filipiny. Manila zmieniła mnie na zawsze i mimo 24 miesięcy, jakie minęły od ostatniej podróży – nie przestałem tęsknić nawet na chwilę.

Pomimo rozległych raportów, jakie spisywałem wtedy na blogu, nie zamknąłem wyprawy żadnym podsumowaniem. Zabierałem się do tego kilka razy i za każdym ostatecznie się poddawałem. Przerastało mnie, że miałbym skompresować takie przeżycia do notki na blogu. Z drugiej strony wiedziałem też, że wciąż znajduję się pod wpływem bardzo silnych emocji i mogę pewne kwestie przekoloryzować. Ponieważ już jutro z rana wsiadam w samolot, wrzucam tu na szybko mały flashback:

Wizyta w Azji była jak przejście na drugą stronę lustra, do świata z innymi prawami fizyki. Dzięki tak dalekiej podróży nabrałem dystansu do samego siebie, spraw, które zostawiłem w Polsce i przekonałem się do regularnego kręcenia vlogów. Zrozumiałem, jak bardzo tempo i intensywność skorelowane są z miejscem, w którym się żyje. Przestałem wierzyć w bajkę pt. “jeśli bardzo chcesz, możesz żyć na najwyższych obrotach niezależnie od tego, gdzie byś nie mieszkał”. Bawiąc się w warszawskim klubie nie możesz spontanicznie wyciągnąć z niego znajomych po to, by w trzy godziny później podziwiać wschód słońca na plaży rajskiej wyspy, z drinkiem mango w łapie. Co najwyżej możesz ich wyciągnąć na kebaba. Tu nie chodzi o chęci, a o możliwości. Wbrew temu, co prawią znani kołcze od samorozwojowej masturbacji, wizualizacją załatwisz sobie tylko wymarzone Ferrari.

Miesiąc, który spędziłem na Filipinach był tak skondensowany, że spokojnie zmieścił w sobie rok spędzony w Polsce, a może i lepiej. Mój mózg przebudził się z letargu, został podkręcony na najwyższe obroty i ostrzelany nieoczekiwanymi bodźcami. Każdego dnia zaskakiwały mnie nowe smaki kosmicznie pysznego jedzenia, niesamowite miejsca, niezapomniane imprezy i spontaniczne perypetie jak żywcem wyjęte z filmów pokroju Californication, czy Kac Vegas.

Nigdy nie zapomnę nocy, kiedy w wyspę, na której spędzaliśmy weekend uderzył tajfun. Byliśmy odcięci od świata, a porywisty wiatr przygniatał do ziemi wysokie palmy, które wyglądały, jakby zrobione były z pianki. Poszliśmy z Mary do pokoju obok i bzykaliśmy się tak, jakby tym razem słońce miało nie wstać, a gdy dochodziliśmy, razem z nami dochodził huragan, przerabiając pobliskie chaty na drzazgi z nieopisaną furią, zalewając wszystko hektolitrami wody. Następnego dnia musieliśmy przedzierać się przez dżunglę i góry do najbliższego miasta – bez jedzenia i wody pitnej – i przy okazji kilka razy walczyć o życie. Dowiedziałem się wtedy wiele o sobie i zrozumiałem, że takich insightów nie dołączają do żadnych wycieczek all-inclusive.

Ten wyjazd zacementował moją wiarę w siebie i przekonanie, że zawsze sobie w życiu poradzę – niezależnie od okoliczności. Pozwolił mi bardzo mocno odkleić się od opinii ludzi na mój temat. Gdy nagle wybierasz się na koniec świata, poznajesz tylu wspaniałych ludzi i doświadczasz rzeczy, które zapamiętasz do końca życia, przejmowanie się hejtem jakiegoś internetowego no-life’a wydaje się być równie rozsądnym pomysłem, co sprawienie sobie dożywotniej prenumeraty Tele Tygodnia.

Zrozumiałem, że to, czy czas płynie wolno czy szybko zależy od tego, jak spędzamy nasze dni. Jeśli żyjemy rutyną, a poniedziałek zlewa się z każdym innym dniem tygodnia, to patrząc w kalendarz złapiemy się za łeb próbując zrozumieć, gdzie przepadł nam ostatni miesiąc. Jeśli z kolei doświadczamy wielu nowych bodźców, a każdy dzień wypełniony jest czymś emocjonującym i świeżym, czas się rozciąga (a wena jest King Konga). Ja po miesiącu spędzonym na Filipinach miałem wrażenie, że minął rok i absolutnie nie uważałem, że podróż minęła mi zbyt szybko. Natomiast gdy wróciłem do Polski, słuchałem od znajomych, że te 30 dni minęło im jak z bicza strzelił.

Mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać się po powrocie na Filipiny. Jestem również świadom tego, że z pewnością mnie zaskoczy, po raz kolejny wybudzając z letargu. Potrzebuję tego wyjazdu, by zdjąć mgłę z mózgu i odzyskać klarowność. Chcę sobie parę rzeczy przemyśleć i naładować baterie słoneczne. Chciałbym powiedzieć, że będę tęsknił za nocą o 16:00 i pizgawicą przegryzającą nawet najgrubszy płaszcz. Za solą, która wżera się w buty i humorami kasjerek w osiedlowych sklepach. Chciałbym, ale nie mam serca Wam kłamać.

Tak jak dwa lata temu, tak i teraz będziecie mogli ten trip przeżywać razem ze mną za pośrednictwem Instagrama. Jeśli jeszcze nie klepnęliście “follow”, to lepszej okazji nie będzie. Przy okazji, od paru dni staram się zrozumieć, w jaki sposób działa Snapchat. Nie wiem, czy jestem już tak kurewsko stary, czy ta apka jest aż tak nieintuicyjna. Po rozmowie z kumplem doszliśmy do wniosku, że trzeba chyba pójść pod najbliższe gimnazjum i zastraszyć jakiegoś yolo-gówniarza, żeby nam wszystko dokładnie wytłumaczył.

Anyway, moje konto na Snapchat: v1ncent.pl. Ogarnąłem na tyle, że potrafię coś tam wrzucić. Spodziewajcie się niespodziewanego.

Tak jak przy ostatnim tripie do Manili, tak i tym razem pojawi się kilka raportów, na bieżąco komentujących moje przygody. Stay tuned!

PS. Sorry, że wpis trochę chaotyczny, ale jutro z rana wylot, a ja nie ogarnąłem jeszcze połowy spraw, które powinny być ogarnięte.

PS2. Do przeczytania, kocham Was…

…ale tylko trochę.

Artykuł Znikam pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/znikam/feed 0
Moje królestwo https://v1ncentify.prohost.pl/post/moje-krolestwo https://v1ncentify.prohost.pl/post/moje-krolestwo#respond Wed, 24 Aug 2016 12:36:19 +0000 http://www.v1ncent.pl/?p=1776 Jest grubo po północy, gdy piszę te słowa. Siedzę w wygodnym fotelu, przed nowym laptopem. Stary się spalił, więc kupiłem prawdziwy kombajn, jeszcze nigdy nie miałem tak mocnego sprzętu. Pisać na nim teksty to tak, jak grać w sapera na urządzeniach NASA. Do renderu filmików będzie jak znalazł. Do Wiedźmina 3 też. Jak prześmiewczo mawiał mój dziadek, teraz "laleczki będą szybciej biegać po ekranie". Mam bilet do Lwowa na 9:40 i wcale nie jestem spakowany.

Artykuł Moje królestwo pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
PRZED WYJAZDEM, GODZINA 00:55

 

Jest grubo po północy, gdy piszę te słowa. Siedzę w wygodnym fotelu, przed nowym laptopem. Stary się spalił, więc kupiłem prawdziwy kombajn, jeszcze nigdy nie miałem tak mocnego sprzętu. Pisać na nim teksty to tak, jak grać w sapera na urządzeniach NASA. Do renderu filmików będzie jak znalazł. Do Wiedźmina 3 też. Jak prześmiewczo mawiał mój dziadek, teraz “laleczki będą szybciej biegać po ekranie”. Mam bilet do Lwowa na 9:40 i wcale nie jestem spakowany. Zazwyczaj pakuję się minuty przed wyjściem, patent podpatrzyłem u starszego brata. Przed każdym lotem: do Tokyo, Manili, Barcelony, Dubaju pakował się dopiero wtedy, gdy miał już zamówioną taksówkę na lotnisko. Powiem tak, wiele zapożyczonych od niego nawyków jest bardzo pożytecznych. Dajmy na to całkowite odstawienie cukru. 15 lat temu brat przy rodzinnym obiedzie strzelił focha, że on to już nigdy herbaty sobie nie posłodzi. Pomyślałem: osz kurwa, jaka rebelia! I też przestałem słodzić – gdy dziś przypadkiem wezmę łyk skrzywdzonej cukrem kawy, zbiera mi się na wymioty. Anyway, tak jak wpisanie cukru na listę rzeczy przeklętych wyszło mi na zdrowie, tak pakowanie się na ostatni moment już nie bardzo. Zawsze w uberze na dworzec, czy lotnisko przynajmniej jeden “chuj” czy inna “kurwa” poleci. Bo szczoteczka do zębów, bo koszula, bo (najczęściej) ładowarka została w mieszkaniu, wciśnięta w gniazdko. Dlatego przez długi czas myślałem nad tym, jak te pakowanie usprawnić. Ogarnianie tego dzień wcześniej nie wchodziło w rachubę – gdy raz zrobisz to na ostatni moment, już nigdy nie spakujesz się na zapas. Dobrym kompromisem jest lista. Piszesz taką przed snem, a najlepiej cały dzień poprzedzający podróż, dodając do niej kolejne elementy. Gdy rano wstajesz tylko z listy odhaczasz. Myk i spakowanyś, spakowanaś.

Jutrzejszą, dziesięciogodzinną podróż autokarem umili mi Twardoch. Za tą jego “Morfiną” po całej Warszawie biegałem. Sprawdzimy, co tam napisał. We Lwowie czeka mnie dziesięć intensywnych dni szkolenia z wymagającym klientem. Ostatnie cztery dni też miałem szkolenie, co tłumaczy, dlaczego przeciąg jesienne liście na bloga wwiewał – po prostu nie miałem czasu ani energii, a co za tym idzie, ochoty nie miałem, by porządnie przysiąść do klawiatury. Wracam na najwyższe obroty, jeśli chodzi o podbój niewieścich serc. W końcu wiecie, czas spierdala, młodość czeka, nie opłaca się nie rozmawiać z tymi wszystkimi gazelami na szpilkach. Emocjonalnie znów się czuję, jak człowiek naszprycowany grzybami, czy innym LSD. Tak to wygląda, gdy ujarzmisz rzeczywistość, naginając ją, by ci służyła. Na nowo odkrywam znajome emocje, przypominając sobie, jak intensywna może być trzeźwość, gdy nie potrzebujesz ani alkoholu, ani innych wspomagaczy do tego, by czuć się po prostu zajebiście.

Ostatnio często mnie do Lwowa nosi, o wiele częściej, niż to widać na moim Instagramie. Od kwietnia byłem już 5 czy 6 razy. Nie mówię, dlaczego (tak, po części dlatego, że żadna Ukrainka nie założy, kurwa, trampek czy adidasów do sukienki. Co za wieśniacka moda do tej Polski przyszła, dziewczyny młode tak bluźnierczo kalać? Może jeszcze sandały albo gumiaki w kwiatki do kiecek niech laski noszą, przecież to już żadna różnica). Teraz wyjątkowo szkolenie z VIPem, ale wcześniej to zupełnie inna bajka. Dowiecie się z następnej książki. A propos, bardzo ładnie ta pierwsza schodzi. Dzięki za wszystkie ciepłe słowa spływające na moją skrzynkę. Za prywatne wiadomości, smsy i przybite piątki w warszawskich galeriach i klubach. To serio bardzo, bardzo miłe, że część ciebie, kolosalna praca zostaje nie tylko przez czytelników zaakceptowana, ale przede wszystkim zmusza ich do refleksji, wbija w skrajne emocje i po prostu cieszy. Teraz to już wiecie o mnie (prawie) wszystko, a ja nie wiem o Was nic. To niefair, wisicie mi piwo albo dwa. Ewentualnie wino, (koniecznie) półsłodkie. Zgoda?

Ja się zgadzam, więc zgoda.

A właśnie, łapę mi z gipsu wyjęli. Sprawność w niej taka, że mogę sobie nią co najwyżej muchy odganiać, ale będzie dobrze. Jak spytałem lekarza, co sądzi o świeżutkim RTG, na które czekałem jedyne 5 godzin w kolejce składającej się z meneli, żuli i jedynaków z poprawczaka, to przyjrzawszy się z namaszczeniem, stwierdził: “Chyba się zrasta”. No to “chyba” wypada się cieszyć. Z tym poprawczakiem i menelami nie przesadzam, chyba mecz jakiś był. Jeden typ z kołnierzem ortopedycznym wyglądał, jakby przez pomyłkę założył dwa różne szaliki (jak w tym klasyku z syntezatorem mowy Ivona). Gdyby nie slither.io, to bym tam raczej nie wysiedział. A tak człowiek poślizgał robakiem, poślizgał i czas szybciej zleciał.

Przepraszam i w ogóle, ale muszę iść spać, bo nie wstanę. W sensie wstanę, ale zapomnę połowy rzeczy. A tak tylko jedną trzecią.

Dobranoc.

W AUTOKARZE, GODZINA 10:00

 

Nosz kurwa. Otwieram tu laptopa tylko na moment, bo raz że niewygodnie pisać, a dwa że się boję, czy mi nikt tego nowiuśkiego cudeńka nie podpierdoli. Serio. Niby kupiłem bilet na stronie Polonusa, a siedzę w jakimś ukraińskim rzęchu, dziury po kulach z drugiej wojny ledwo taśmą izolacyjną oklejone. Huczy, buczy, niby zaraz pierdolnie. A w środku tak świeże powietrze, no poezja po prostu. Żeby wciągnąć nosem tę stęchłą zawiesinę trzeba podwójnie mobilizować płuca i samego siebie. Raz do wdechu, drugi, by z automatu haftem do tej atrakcji pieszczącej nozdrza się nie dorzucić. Nieopodal siada taki Ukrainiec. No ja jebię, nie mam nic do Ukraińców, niech sobie chłopak siedzi w tych dresach, niech kitra za pazuchą tę Tatrę, jeśli musi wypić. Ale dlaczego, się pytam, dlaczego tak gównem jebać chłopak musi? Czy to jakiś przykaz odgórny jest, się spytam, jak już się pytam? Jak pierwszy raz jechaliśmy z ekipą, identyczna historia była. Wracamy do autokaru po krótkim postoju, ale w mig pojmujemy, że coś nie tak. Patrzymy na ostatnie siedzenie, a tam Ukrainiec się zamenelił i raczy wszystkich smrodem. Żeby jakoś wysiedzieć pobiliśmy wszyscy rekord we wciąganiu tabaki. Na granicy celnik (chyba zaprawiony jakiś, jałowe nozdrza, bo nawet się nie skrzywił) bierze od gościa paszport, taksuje wzrokiem to menela, to jakieś bagaże obok i wypala:

 

– Andrej, a co ty wieziesz?

 

Dwa i pół kilo gówna, na sobie.

 

Dobra, wracamy do rzeczywistości. W nic nie wierzę, ale i tak się modlę, żeby podróż wytrzymać. Do Morfiny. Twardocha będę pochłaniać, zobaczymy czy się wkręci.

 

 

LWÓW, APARTAMENT, GODZINA 22:26

 

Piwo szumi mi w głowie, na spółkę z półsłodkim (nieco kiepskim) winem. Wiem, że chwilę wcześniej pisałem, że trzeźwość jest zajebista. Bo jest. Ale w połączeniu z alkoholem potrafi być jeszcze lepsza.

 

Jakby ktoś się pytał, to “Morfina” dupę urywa, wedle zapowiedzi. Dziś w autokarze 200 stron mi pykło. Chciałbym potrafić pisać aż tak dobrze. Tak się wciągnąłem, że smród, gorąc i wszelkie inne niewygody przestały przeszkadzać. Gdyby nie ta książka, chyba bym nie dojechał. A tak dojechałem.

 

Czekała na mnie na dworcu. Taksówką przecięliśmy centrum, dłonie gorące, moja wpleciona w jej dłoń. Policzek ciepły i zapach słodki. W apartamencie porozmawiać tyci, choć troszkę, dla formalności. Nie da się rozmawiać. Trzeba się rozbierać. Ciało jej spocone, chętne, wilgotne. Wygina się niespokojnie, ściany chłoną piszczenie ciche i głośniejsze, nieoczekiwane jęknięcia. Jestem zmęczony, ale jak czuć zmęczenie w takiej chwili? Nie da się. Fala za falą zatapiamy się w lepkiej, słodkiej rozkoszy. Koniec. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę. Ciężko jeszcze składać zdania, szukając bokserek zataczam się na ścianę, ale trzeba się zbierać. Ona wychodzi, pościel ciepła jeszcze i pomięta, a ja szykuję się na spacer. Łóżko stygnie w apartamencie, a ja stygnę już na zewnątrz.

 

Wychodzę sam. Chłonę ciasne, magiczne uliczki. Kilkaset kilometrów od Warszawy, a świat zupełnie inny. Powietrze jakieś lżejsze, lżej się oddycha. Uśmiech sam wpełza na twarz. Jest ciepło, miasto jest piękne, cudownie zachęca, macane jasnymi halogenami. Skręcam i widzę przed sobą rynek, w oddali. Jest wtorek, a deptak pulsuje masą ludzką. Poskręcaną, kolorową, radosną i żywą. Ktoś gra na gitarze. Za kolorowym, podświetlanym parawanem pary piją wino. Wolność się czuje i młodość, bardziej się moment docenia w mieście takim, jak to. We Lwowie, w królestwie moim. W mojej ucieczce i ukojeniu. Bezpieczny się tu czuję i że wszystko jest dobrze. Nie potrzebuję znajomych, dziewczyny, muzyki, telefonu. Rynek otula mnie ochronną, ciepłą bańką, w której niczego mi nie brakuje. Nie muszę nawet dziś wieczorem pić, ani jeść. Usiadłbym na ławce i też by dobrze było. A jednak piję i jem. Wbijam widelec w soczystego kurczaka, zapijam piwem i wychodzę. Bardziej duszą najedzony, jak zawsze po wizycie w Baczewskim. Po drodze do apartamentu wstępuję po wino. O dobre, półsłodkie proszę – kiepskie dostaję.

 

Te wszystkie piękne, długonogie dziewczyny. Jutro o 15 na lotnisku ląduje mój kursant i zaczynamy szkolenie. Uśmiecham się do tej myśli bardzo ciepło, bo ja po prostu kocham swoją pracę.

 

A jeśli o dzisiejszy wieczór chodzi, to pozostaje jedno tylko pytanie, mocno retoryczne. Pić więcej nieco kiepskiego wina? Pić.

 

No to nalewam.

 

Artykuł Moje królestwo pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/moje-krolestwo/feed 0
Spotkamy się gdzieś na końcu świata https://v1ncentify.prohost.pl/post/spotkamy-sie-gdzies-na-koncu-swiata https://v1ncentify.prohost.pl/post/spotkamy-sie-gdzies-na-koncu-swiata#respond Thu, 14 Jan 2016 18:41:59 +0000 http://www.v1ncent.pl/?p=873 Urodziłem się po to, by spotkać się z Tobą gdzieś na końcu świata. Wspólnie celebrować życie i chwytać nieuchwytne chwile. Odetchnąć ciężkim, wilgotnym powietrzem tysiące kilometrów stąd. Pić drinka opierając łokcie na krawędzi drapacza chmur. Wsłuchiwać się w szalone tętno Miasta zanurzonego w skrzących się neonach i klaksonach niesionych przez echo.

Artykuł Spotkamy się gdzieś na końcu świata pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Urodziłem się po to, by spotkać się z Tobą gdzieś na końcu świata. Wspólnie celebrować życie i chwytać to, co pozornie nieuchwytne. Odetchnąć ciężkim, wilgotnym powietrzem tysiące kilometrów stąd. Pić drinka opierając łokcie na krawędzi drapacza chmur. Wsłuchiwać się w szalone tętno Miasta zanurzonego w skrzących się neonach i klaksonach niesionych przez echo.

Chcę zwiedzić wszystkie obrazy z moich snów. Zamówić taksówkę i wysiąść na lotnisku. Obudzić się na wilgotnej plaży i podziwiać tłuste nietoperze na tle granatowego nieba. Zanurzyć ciało w przejrzystej wodzie i uśmiechnąć się do masztów na horyzoncie. Zgubić się w nieskończonym mieście. Zbombardować receptory nowymi smakami i wybuchowym koktajlem dobrze znanych uczuć w kompletnie nieznanych proporcjach. Doświadczać emocji tak mocno, by były nie do zniesienia. Znów poczuć się tak, jakbym po raz pierwszy zrozumiał, co jest ważne. Zagęścić, skondensować wszystko, co świeże, pozytywne i elektryzujące. Więcej momentów doświadczać niż za nimi tęsknić.

Chcę poznawać ludzi wszystkich narodowości i po raz kolejny zachwycić się tym, że mimo różnic wszyscy jesteśmy tacy sami. Tworzyć przyjaźnie, wspólnie podróżować i rozmawiać. Wbrew zdrowemu rozsądkowi wierzyć, że coś będzie trwać wiecznie i spróbować zatrzymać czas. Wcisnąć pauzę, tylko na chwilkę. Wyryć w pamięci chmury rozciągnięte w długie, ogniste smugi na tle zachodzącego słońca. Skąpanych w radości towarzyszy podróży – w tej jednej, najszczęśliwszej stopklatce. Skojarzyć moment z muzyką, zapachem i nieznośnym dławieniem w gardle. Wszystko po to, by kiedyś móc przewijać, oglądać, męczyć w nieskończoność.

Chcę przeciskać się przez tłum w potężnym klubie, pozwolić muzyce mnie otulić – przy kojącej świadomości, że przyjaciele są obok i bawią się dobrze. Niby przypadkiem przejechać po Jej ramieniu zimną szklanką i wywołać dreszcze.  Zmieniać bieg wydarzeń niewinnym: “Może chciałabyś…?”. Zauroczyć się i uprawiać seks nad nieznaną konstelacją gwiazd po drugiej stronie globu. Szukać odpowiednich słów, by opisać jak się czuję, lecz mimo starań nie znaleźć właściwych. Czuć, jak woda paruje ze skóry napinając ją i strzepać zaschnięty piasek – wrócić do soczystego drinka z mango.

Chcę myśleć o moim starym życiu gdzieś daleko i nie rozumieć, dlaczego tyle się przejmowałem. Po co tworzyłem problemy tam, gdzie ich nie było i za czym tak bardzo goniłem. Poczuć dystans, istną przepaść i nabrać perspektywy. Zacząć kwestionować dotychczasowe decyzje i wyznaczyć nową, lepszą ścieżkę. Poznać świeże spojrzenie i skonfrontować przekonania z ludźmi wychowanymi inaczej. W innej kulturze, innym czasie. Uzupełnić proces decyzyjny o niezbędne punkty odniesienia. Zrozumieć, że miejsce mego urodzenia nie określa mnie i nie zamyka w klatce. Sami siebie określamy i sami siebie gnoimy.

W mojej definicji “życie” to nie “bycie”. To nie pieniądze odkładane w nieskończoność, nie wiadomo na co. To nie szepty ludzi, ani nerwowe zerkanie na zegarek w metrze. Mdła poprawność i zaliczanie kolejnych przystanków na drodze do chuj-wie-czego. Kolejne zimne i śnieżne dni owinięte drutem kolczastym z rutyny, wysysające młodość i wszystko, co w Tobie najlepsze. Kiszenie się wciąż w tych samych bodźcach, ludziach, ulicach, autobusach, blokowiskach. Wymiotowanie na widok twarzy szefa i silenie się na uśmiech. Pokonywanie kolejnych szczebli społecznej drabiny i przejmowanie się miejscem w wyścigu. To wszystko rzeczy sztuczne, wymyślone i narzucone przez ludzi. To, co na świecie najlepsze jest uniwersalne i było tam na długo przed nami.

Życie to wykolejenie tego, co znane. Reset systemu. Zapierająca dech mieszanka wspaniałych osobowości, nowych miejsc i abstrakcyjnych historii. To korzystanie z możliwości do tego, by urosnąć, nauczyć się czegoś, coś przeżyć. Wiesz, że mam rację. Wiem, że do tego tęsknisz.

I oboje wiemy, że kiedyś spotkamy się gdzieś na końcu świata, by o tym porozmawiać.

Artykuł Spotkamy się gdzieś na końcu świata pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/spotkamy-sie-gdzies-na-koncu-swiata/feed 0