plonac w atmosferze – VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ https://v1ncentify.prohost.pl O kobietach, życiu i zdrowym do niego podejściu. Mon, 03 Jan 2022 16:05:35 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.0.2 Rzeczy, które dzieją się gdy zaczynasz działać https://v1ncentify.prohost.pl/post/rzeczyktore_dzieja_sie_gdy_zaczynasz_dzialac https://v1ncentify.prohost.pl/post/rzeczyktore_dzieja_sie_gdy_zaczynasz_dzialac#respond Tue, 15 Sep 2015 00:00:00 +0000 http://dev.v1ncent.pl/?p=185 Pierwotnie ten tekst miał być soczystym opierdolem z góry na dół. Jak po wywiadówce. Zaczynał się od słów: "Zdiagnozowałem nową chorobę cywilizacyjną. Zwie się: 90 procent planowania i 10 działania.".

Postanowiłem jednak, że zmienię konwencję i zadziałam jak mądry nauczyciel - używając pozytywnego języka. Nie chcę handlować negatywnymi emocjami i wywoływać poczucia winy (w sensie - nie dziś). Dlatego też, w poniższym tekście nie będę na nikogo wjeżdżał. Jeśli masz delikatne serduszko, szklaną dupę lub po prostu boisz się krytyki, to możesz mimo wszystko spokojnie rozwalić się w fotelu i zacząć czytać.

Artykuł Rzeczy, które dzieją się gdy zaczynasz działać pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Pierwotnie ten tekst miał być soczystym opierdolem z góry na dół. Jak po wywiadówce. Zaczynał się od słów: “Zdiagnozowałem nową chorobę cywilizacyjną. Zwie się: 90 procent planowania i 10 działania.”

Postanowiłem jednak, że zmienię konwencję i zadziałam jak mądry nauczyciel – używając pozytywnego języka. Nie chcę handlować negatywnymi emocjami i wywoływać poczucia winy (w sensie – nie dziś). Dlatego też, w poniższym tekście nie będę na nikogo wjeżdżał. Jeśli masz delikatne serduszko, szklaną dupę lub po prostu boisz się krytyki, to możesz mimo wszystko spokojnie rozwalić się w fotelu i zacząć czytać.

Są dwie kategorie ludzi. Jedni dużo gadają, drudzy dużo robią. W tych pierwszych można się utopić. Ubabrać ich szarością i dojść do wniosku, że bierność jest spoko. Tych drugich ciężko znaleźć. Ja sam, jeszcze sześć lat temu znałem tylko jedną taką osobę. Był nią mój starszy brat. Zawsze trochę na przekór wszelkim normom, jak o czymś mówił, to zazwyczaj robił. A jak nie udawało się zrobić, to upewniał się, że wykonał każde działanie, na jakie było go w danym momencie stać. Dopiero wtedy odpuszczał.

Mi osobiście nauczenie się tej sztuki zajęło… jedną noc. W jedną noc z pasywnego marzyciela podążającego za stadem zmieniłem się w egzekutora. Ale ja doznałem rzadkiego zaszczytu, jakim jest ostateczne sięgnięcie dna. Stracenie do siebie resztek szacunku. Całkowite rozprucie ego. Już następnego poranka przestałem oszukiwać znajomych. Przestałem oszukiwać siebie. Przestałem mielić jęzorem. Zamknąłem japę i zacząłem działać. Szukać potwierdzenia bądź zaprzeczenia każdego dogmatu. Poddawać wszystkie halucynacje, które pełzały po mojej czaszce próbie ognia. Stawiać czoła swoim największym, paraliżującym lękom. Docierać głębiej, rozumieć pełniej i przeżywać emocje jak ćpun po szocie ze strzykawki. Sprowadziłem swoje marzenia i mrzonki na ziemię, przygniotłem butem i odarłem ze świętości. Zrobiłem z nich cele do realizacji. I działałem każdego dnia, coraz częściej przekładając praktyczne doświadczenia na kolejne sfery życia. Nie będę tutaj wdawał się w szczegóły, bo w końcu o tych szczegółach i konsekwencjach pamiętnej nocy napisałem książkę. Skupmy się na wnioskach.

Poniższe podpunkty odnoszą się do życia holistycznie. I do relacji i do biznesu. Do rozwijania swojego charakteru i osiągania prywatnych celów. Pewne wnioski, do których dochodzimy są uniwersalne i to jest w nich najlepsze.

Rzeczy, które dzieją się kiedy wreszcie zaczynasz działać

 

Budujesz poczucie własnej wartości na stabilnych fundamentach. Oceniasz siebie na podstawie tego, co zrobiłeś. Co osiągnąłeś, ile potrafisz i jaki zauważasz u siebie progres. Zaczyna tu brakować miejsca na takie zwroty, jak: “wydaje mi się”, “myślę, że jestem w stanie…”. Są wypierane przez: “wiem”, “mogę”, “zrobię” oraz – UWAGA – pokorne “nie wiem”. Ludzi, którzy działają i trzymają się blisko rzeczywistości poznasz po tym, że będą potrafili przyznać się do niekompetencji, tak po ludzku. A później poprosić Cię, byś podzielił się swoją wiedzą i tym samym wzbogacił ich własną. Dlatego, że w świecie egzekucji nie ma miejsca na oszukiwanie siebie, a największe profity daje zapuszczenie korzeni w rzeczywistość. Oraz kurczowe się jej trzymanie.

 

Jesteś świadom, na ile Cię stać. Doświadczając wielu kryzysowych i ryzykownych sytuacji wiesz dokładnie, w jaki sposób Twoje ciało reaguje na lęk. Jak radzisz sobie z presją. Czy potrafisz trzymać fason, gdy wokół świszczą odłamki gówna. A to z kolei przekłada się na zaufanie do samego siebie. Coraz śmielej wchodzisz w ogień. Wciąż parzy – wiesz jednak, że Cię nie spali. 

 

Działasz, ewentualne błędy poprawiając w locie. Zdajesz sobie sprawę z tego, że niekończące się planowanie to mentalne bicie konia. To nie jest tak, że olewasz etap planowania – byłoby to głupotą. Po prostu pieprzysz perfekcjonizm. Zdajesz sobie sprawę z prostego, banalnego wręcz faktu (powinni tego uczyć w szkołach): nie posiadając kompetencji w danej dziedzinie, trzeba je zdobyć. W jaki sposób? Metodą prób i błędów. Wsiąść na rower i się wywrócić. Zedrzeć skórę z łokci. Spłonąć. Wygrywa nie ten, kto bez końca szlifuje materiał, ale ten, kto z materiałem wychodzi do ludzi, zbierając feedback. Dotyczy to całego alfabetu: prowadzenia bloga, poznawania nowych ludzi, podchodzenia do nieznajomych kobiet, akceptacji lęku, wystąpień publicznych, pisania, otwierania działalności, produkcji video, marketingu, organizacji eventów, tripów, a nawet hodowania jebanych jedwabników. 

 

Zaczynasz rozumieć, że niemniej ważne od posiadania celu jest środowisko, które sprzyja jego osiągnięciu. Jak chcesz być dobry z kobietami, najlepiej jest otaczać się facetami, którzy mają ich na pęczki. Jeśli masz ochotę otworzyć własną działalność, to zamiast pić z kumplami ze studiów, poznaj kogoś, kto się na tym zna i robi wynik. Utrzymanie konsekwencji w treningu i diecie jest łatwiejsze w otoczeniu ludzi, którzy również cenią sobie zdrowy tryb życia, niż w grupie informatyków żłopiących colę i wpychających w siebie Maca. Ciężko być pozytywną osobą w towarzystwie ponuraków-narzekaczy i niemal niemożliwe jest ruszenie do przodu, gdy na każde swoje działanie słyszysz: “pojebało Cię?”.

 

Nagle zdajesz sobie sprawę, że doba jest za krótka. Jednocześnie ciężko jest Ci pogodzić się z tym, ile godzin, dni, miesięcy, a nawet lat zmarnowałeś na nicnierobienie. Na trwonienie młodości, możliwości i szans. Jednak zamiast pogrążać się w goryczy, obracasz to w motywator. By nic więcej nie stracić, niczego już nie przespać. Tym samym…

 

Wykorzystujesz szanse. Oswajasz się z ryzykiem i wiesz, że podejmując działanie, które wiąże się z wyjściem ze strefy komfortu po prostu się rozwijasz. Tak, jeszcze Cię tam nie było. Nie wiesz, jaki będzie wynik, a to oznacza tylko jedno – nauczysz się nowych rzeczy, a to najbardziej podniecająca rzecz w świecie egzekucji. Dodatkowo, wskakuje tutaj natychmiastowa nagroda w postaci błogiej emocji na skraju ekstazy – “zrobiłem to”. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że czasem to lepsze niż seks. 

 

Nagradzasz się za działanie, a nie za wynik. Dlatego, że skupiasz się na tym, nad czym masz bezpośrednią kontrolę. Czyli zaczynasz rozumieć, że pomimo włożenia gigantycznej pracy i szczerych chęci, może nie wyjść. Ale nie płaczesz nad tym tak, jak zwykła robić to pierwsza kategoria ludzi. Cieszysz się, bo wiesz, że zrobiłeś wszystko, co w Twojej mocy. Wszedłeś w niekomfortową sytuację, zebrałeś bezcenny feedback i punkty odniesienia – rozwinąłeś się. Nie kupisz tego za żadne pieniądze.

 

Jesteś bardziej obecny, “tu i teraz”. Stapiasz się z rzeczywistością, sam dla siebie jesteś – z braku lepszego określenia – bardziej namacalny. Przejmujesz kontrolę nad własnym mikroświatem i masz tą piękną świadomość, że spychasz przypadek i ślepy los na margines błędu. 

 

Odkrywasz piękną zależność. Gdy nic nie robisz, nie chce Ci się nic robić. Gdy zapierdalasz, chcesz zapierdalać jeszcze mocniej. Uczysz się, że Twoje ciało wygeneruje tylko tyle energii, ile będzie potrzebne. Jeśli cały dzień leżysz w łóżku i oglądasz Californication, to nic dziwnego, że nie masz ochoty wyjść z domu. Natomiast gdy od rana pracujesz, jesteś kreatywny oraz aktywny fizycznie – rozsadza Cię energia. Nagle chcesz wszystko i wszystko wydaje się być śmiesznie proste. 

 

Zaczynasz przyciągać do siebie podobnych ludzi. A ponieważ takich osób jest stosunkowo mało i zwykle rozrzuceni są po całej Polsce – masz kontakty we wszystkich większych miastach. Pewnego dnia zdajesz sobie sprawę, że praktycznie nie ma rzeczy nie do załatwienia. Następuje synergia kompetencji, wiedzy, znajomości. A to otwiera wiele drzwi zgrabniej, niż wytrych. 

 

To tylko 10 podpunktów. Oczywiście jest ich o wiele więcej – te po prostu jako pierwsze spłynęły z mego mózgu przez palce, zachlapując klawiaturę. Nie wstydźcie się dopisywać w komentarzach całej reszty.

Jeśli przy czytaniu tych podpunktów kiwaliście ochoczo głowami, krzycząc “mam tak samo!” i czuliście między nami miętę, to prawdopodobnie dlatego, że chcę napić się z Wami piwa (w grę wchodzi jednak jedynie mój cheat day – którego nie mam).

Artykuł Rzeczy, które dzieją się gdy zaczynasz działać pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/rzeczyktore_dzieja_sie_gdy_zaczynasz_dzialac/feed 0
Spinamy pośladki https://v1ncentify.prohost.pl/post/spinamy_posladki_ https://v1ncentify.prohost.pl/post/spinamy_posladki_#respond Thu, 13 Aug 2015 00:00:00 +0000 http://dev.v1ncent.pl/?p=180 Na blogu przez ostatni czas panowała posucha. Wiązało się to z moim tripem w góry, gdzie zresetowałem system i odpocząłem psychicznie od projektów, które aktualnie ciągnę. 

Artykuł Spinamy pośladki pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
Na blogu przez ostatni czas panowała posucha. Wiązało się to z moim tripem w góry, gdzie zresetowałem system i odpocząłem psychicznie od projektów, które aktualnie ciągnę. 

 

Uważam, że bardzo ważne jest utrzymywanie zdrowego balansu między pracą, a odpoczynkiem. A jeśli ta równowaga jest zachwiana i czujemy się przeciążeni, trzeba po prostu uciec. Odciąć się i wyluzować. Zawsze po takich przerwach wracam ze świeżym umysłem i motywacją. Jeśli jest jedna rzecz związana z pisaniem bloga, której nienawidzę, to zmuszanie się do produkowania wpisów. Chcę pisać wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia, a palce same rwą się do klawiatury. To właśnie wtedy moje teksty gwałcą Wasze tablice na facebooku, a ja sam z zaskoczeniem stwierdzam, że chyba potrafię pisać.

Tak, wykradłem się rano z łóżka, gdy jeszcze słodko spaliście i uciekłem od Was. Bez wspólnej kawy, jajecznicy na masełku i czułego miziania. Skurwiała zagrywka, której nigdy nie odważyłem się zrobić żadnej kobiecie. Ale już jestem – i nigdzie się bez Was nie wybieram.

ZMIANY?

Kiedy blog zaczął się rozrastać, stopniowo odcinałem go od mojego życia prywatnego. Przestałem opisywać sercowe perypetie i sam sobie założyłem ostrą cenzurę. Dzisiejszy wpis jednak jest zapowiedzią skracania dystansu między mną, a Wami. Będzie więcej osobistych historii, przemyśleń ściśle powiązanych z tym, co aktualnie robię. Bez Was byłbym przecież jak aktor występujący przed pustą widownią. Kiedyś próbowałem sobie i Wam wmówić, że prowadzę bloga tylko dla siebie. Głupi byłem jak but (średnio co rok stwierdzam, że rok wcześniej byłem kompletnym kretynem – też tak macie?).

Chcę, żebyście wiedzieli, że jesteście dla mnie ważni. Skoro już zrobiło się tak ckliwie, to nie zaszkodzi dorzucić: dzięki, że jesteście.

Nawet nie wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy.

GAZ DO DECHY

Nigdy nie rozumiałem postanowień noworocznych. Kiedyś nawet, w przypływie frustracji wydaliłem o tym cały tekst, w którym pisałem:

Jeszcze ani razu w życiu, niczego sobie wraz z nowym rokiem nie postanowiłem. Dumny jestem z tego, że cele wyznaczam zawsze na bieżąco i po prostu je odhaczam. Nie potrzebuję do tego żadnej okazji. Trzeba być skończonym idiotą albo nie mieć do siebie za grosz szacunku, by przypominać sobie o realizacji własnych MARZEŃ (!) raz do roku. No kurwa, niech ktoś mi powie, co może mieć w życiu wyższy priorytet od sprintu za ważnymi dla nas rzeczami? Mowa o tych, które często prześladują nas od dzieciństwa, o których marzymy przed snem, do których tęsknie wzdychamy, gdy nikt nie patrzy.

Osobiście w tym momencie skupiam się na egzekucji kilku głównych celów. Każdy z nich ma przybliżony termin realizacji. Dziś uchylam rąbka tajemnicy i daję Wam możliwość rozliczenia mnie z dwóch z nich, na wypadek, gdybym dał dupy. Przyda mi się taki monitoring.

<naiwność>Może przy okazji będę miał na swoim grzesznym sumieniu jakiś dobry uczynek i któreś z Was przestanie się dzięki temu wpisowi opierdalać i odkładać życie na później?</naiwność>

CEL NR 1: PREMIERA KSIĄŻKI

Pierwszy tom otwierający “serię” jest już skończony i przechodzi przez bolesny proces, w którym sporo dopisuję i jednocześnie dużo wycinam i wyrzucam do kosza. Czuję się, jakbym kaleczył własne dziecko, ale tak właśnie musi to wyglądać.

Czas na oddanie tekstu do wydawnictwa mam do 31 sierpnia. Przez najbliższy tydzień lub dwa będę wstawał o 4 lub 5 rano (wyłączając weekendowe szkolenia), żeby w spokoju pracować, gdy wszyscy przeszkadzacze jeszcze śpią. Jestem obecnie w Gdańsku i mam tu względny spokój oraz wszelkie warunki do tego, by dużo robić.

Chciałbym, by moja pierwsza książka ukazała się maksymalnie wraz z początkiem października, ale wszystko zależy od tego, ile czasu pracę będzie mielić wydawnictwo. Ja oddaję ostateczny szkic 31 sierpnia i od reszty umywam rączki.

Staram się za dużo nie myśleć o premierze, bo od razu przeszywają mnie ciarki…

O czym jest i czego się po niej spodziewać? Tego dowiecie się (ale tylko po części!) we wrześniu/październiku. Na ten moment osoby, które obserwują mnie na fejsie oraz instagramie znają tytuł. W tym miejscu mogę powiedzieć tylko tyle, że “Płonąc w atmosferze” to najlepsza rzecz, jaką udało mi się napisać. I nie jest to tylko moja skromna opinia. Wait for it.

CEL NR 2: POWRÓT NA FILIPINY


– Publish your book and come back – mówili, gdy żegnaliśmy się na lotnisku.

– I will, I promise – odpowiadałem.

Miesiąc w Azji zmienił moje życie i sposób, w jaki patrzę na świat. Nic już nie jest takie samo. Jest życie przed wyprawą na Filipiny i życie po.

/Nowi czytelnicy powinni zapoznać się z moją filipińską serią – najlepiej zaczynając od Prologu./

Są miejsca, do których tęsknimy i które wizualizujemy sobie w nieskończoność. Są zdjęcia z tych miejsc, które sprawiają, że coś ściska nas w gardle. Każdy kiedyś obiecał sobie lub komuś: wrócę. Zamierzam się ze swojej obietnicy wywiązać już w listopadzie. A Wy?

Wydanie książki było warunkiem mego powrotu do Azji. Bez niej nie mam po co się tam pokazywać. Dzięki temu oba cele są ze sobą bezpośrednio powiązane. Na dniach kupuję bilety na Filipiny (listopad-grudzień), więc wcześniej muszę ogarnąć książkę – nie mam innego wyjścia!

Skoro jesteśmy już w temacie wyjazdów: przez ostatnie kilka lat nauczyłem się jednej rzeczy o ich organizacji. Chcesz gdzieś pojechać? Mocno Ci zależy? To pierdol ludzi, a drastycznie zwiększysz szanse na realizację planu. Nie uzależniaj się od znajomych. Nie namawiaj nikogo, żeby z Tobą pojechał. Nie bądź osobą, która załatwia wszystko, produkuje się, by na końcu dać się zdymać. Kup swoje bilety, bookuj hotel. Resztę miej w dupie.

Zazwyczaj, gdy organizowałem jakiś trip, to w pierwszej chwili chętni walili drzwiami i oknami. Każdy się deklarował na 100%. Natomiast, gdy przychodziło do wdrożenia planu w życie, odpadali jak jesienne liście.

Ludzie lubią gadać, obiecywać. I później lecieć w chuja. Znam serio mało osób, których słowo w kontekście długoterminowych obietnic ma jakąkolwiek wartość. Osobiście jestem tak naiwnym człowiekiem, że staram się wywiązywać z każdego pierdnięcia. A gdy nie dotrzymam słowa, męczą mnie wyrzuty sumienia. Może to kwestia wychowania, może jestem upośledzony, ale tak już mam. Moje dwa główne fetysze to punktualność i słowność, od zawsze.

Podsumowując: jeśli ktoś będzie chciał Ci towarzyszyć, to sam się zainteresuje, będzie się napraszał i dopytywał o szczegóły – czyli również inwestował w wyjazd czas i emocje. A jak zainwestuje, będzie chciał zwrotu z włożonych zasobów. Proste.

 

O EFEKTYWNOŚCI SŁÓW KILKA

 

Tak już nawiasem, ogólnie o pracy. Od jakichś dwóch tygodni całkowicie uwolniłem się od rzeczy, która najbardziej mnie rozpraszała i obniżała efektywność. Wyrzuciłem z telefonu aplikacje do fejsa oraz messengera. Wam też polecam. Zdolność do skupienia uwagi na wykonywanej czynności skoczyła w górę, jak w ostatnim czasie słupki rtęci na termometrach. W dodatku, gdy teraz z dystansu patrzę na to, jak katowałem się nic nieznaczącymi powiadomieniami i poświęcałem uwagę każdemu pierdnięciu na czacie, jestem przerażony. Jak mogłem sobie to robić? Przecież to jest patologiczna smycz. Co gorsza, smycz która nie daje ŻADNEJ wartości i NIC nie wnosi. 99% rzeczy, które dzieją się na fejsie to rzadkie gówno.

Do klepania zamiast mantry: jak ktoś będzie miał do Ciebie ważną sprawę, to wykręci Twój numer. Jak nie wykręci, to sprawa nie była ważna. Jak nie ma Twojego numeru, to nie ma również prawa zabierać Ci prywatnego czasu wcinając się w czynność, którą aktualnie wykonujesz.

Jeśli chodzi o momenty, w których pracuję – dodatkowo wyciszam telefon, kładę wyświetlaczem do dołu. Odcinam też internet w laptopie. Jeśli nie mogę go odciąć, nie wchodzę na fejsa. Pozwalam sobie jedynie mieć odpalonego youtube z muzyką oraz edytor tekstu.

Aha i zawsze przed snem kompletnie wyciszam telefon i wyłączam internet. Z rana trzeba przecież wziąć smartfon do ręki, by wyłączyć budzik, a jeśli pakiet był włączony, to po otwarciu oczu zostaniemy od razu wciągnięci w maile, powiadomienia i cały ten syf. Nie chcę zaczynać tak dnia, dlatego na pulpicie czeka na mnie najwyżej jakiś sms lub nieodebrane połączenie. Pierwsza godzina dnia jest na prysznic, dobre śniadanie i sprzątanie pokoju. Social media i powiadomienia sprawdzam do kawy, przy okazji robiąc konkretną prasówkę – czytam zaległe artykuły.

PS. Od dziś prawie wszystkie fotki z instagrama będą pojawiały się również na fanpage – taki eksperyment. Zobaczymy, czy się przyjmie.

Artykuł Spinamy pośladki pochodzi z serwisu VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ.

]]>
https://v1ncentify.prohost.pl/post/spinamy_posladki_/feed 0